czwartek, 10 grudnia 2015

,,To ta Pani po in vitro"

Źródło: internet
Takie właśnie słowa usłyszałam dziś na obchodzie. I to od lekarza.
Zastępcy ordynatora. Przy wszystkich pozostałych lekarzach i pielęgniarkach.
Nie było to miłe.

Nie przejmuje się tym, że komuś może nie podobać się in vitro.
Mówię o nim otwarcie i nie wstydzę się tego.
Jednak nie było to przyjemne.
Obrazek przestawia to jak się poczułam na dzisiejszym obchodzie.

Powiedział to w taki sposób jakbym była jakimś wybrykiem natury, a nie człowiekiem. Tak to odebrałam.

Leżąc w szpitalu raczej nie spotkałam się się z negatywnym podejściem.
Ani ze strony koleżanek z pokoju, ani ze strony pielęgniarek.

Lekarze jakoś tak dziwnie przyjmowali wiadomość o in vitro.
Jakby byli z PiSu. Takie miałam wrażenie.
Może byli.

Na obchodzie był mój lekarz.
Powiedziałam, że chciałabym wyjść do domu i tam brać antybiotyk.
Powiedział, że zbada mnie i do domu wyjdę jak będzie wszystko ok.

I tak położyłam się i czekałam na badanie.
Nic się nie działo, więc wyszłam na korytarz. Zauważyłam doktora i poszłam do niego. Powiedziałam, że nie chcę żeby ktoś inny mnie badał, tylko On.
Rozśmieszyłam go tym :)
Powiedział, że nikomu nie da się do mnie zbliżyć :)

Wróciłam do pokoju i czekałam.
W między czasie sprawdziłam status przesyłki z Housa.
Myślałam, że się wścieknę.
Paczka odebrana.
Super.
Takich nerwów dostałam, że szok.
Nikt do mnie nie dzwonił nawet.
Jak można zostawić paczkę u kogoś innego? I to kurier DPD?
Zadzwoniłam do ich siedziby.
Dali mi numer do kuriera.
Zadzwoniłam i się zapytałam co tu jest grane i komu zostawił moją paczkę.
Coś kręcił, że niby numer na paczce musiał się nie zgadzać i dlatego nie miał jak się skontaktować (chociaż to nie prawda, bo po odebraniu paczki obok adresu był mój numer).
Powiedział, że ustali i zadzwoni do mnie.
Po jakiś 5 minutach zadzwonił i okazało się, że przekazał moją paczkę sąsiadom.
Super.
Kiedyś już tak było. Mówiłam, że sobie tego nie życzę. Powinni do mnie zadzwonić i zapytać, a nie tak bez mojej zgody.


Kolejna jeszcze gorsza wiadomość spotkała mnie od mojej siostry.
Okazało się, że dziadek trafił do szpitala o 2 w nocy.
Wujek zadzwonił, że dziadek dziwnie się zachowywał. Siostra pojechała tam z tatą. Nie wiedzieli co robić. Objawy miał typowo udarowe.
Zadzwonili do brata mamy (ratownika medycznego) i kazał dzwonić na pogotowie.
Tak też zrobili. Przyjechali jakieś pół godziny później.
Sprawdzili dziadkowi ciśnienie, puls, cukier, wypełnili jakąś ankietę.
Jakoś nie do końca byli przekonani, że coś mu dolega.
Dopiero jak wstał i kazali założyć mu kapcie to uwierzyli. Dziadek nie widział gdzie są.
Miał problem ze wzrokiem, nie wiedział jaki jest dzień, był splątany. 

Zabrali go karetką do szpitala.
W czasie jazdy wymiotował. Kolejny objaw udaru.
Tata pojechał do pracy, a siostra spakowała rzeczy dziadka, zabrała swojego chłopaka i pojechali do dziadka do szpitala.
Mama musiała zostać w domu z naszym bratem.

Na sor moja siostra trafiła na najgorszego z najgorszych lekarzy - szefa sor.
Dupek niesamowity.
Siostra jak wyszła od niego to się popłakała.

Miało się zejść tam jeszcze, więc wzięli od niej numer i kazali jechać do domu.
Po 7 pojechała znowu na sor. Okazało się, że dziadek nadal tam leży. Szok. Od 3 do 7 leżał na sor z udarem i migotaniem przedsionków! Nieźle. 4 godziny.
Wkońcu przenieśli go na neurologię.
Ta wiadomość o dziadku strasznie mnie zasmuciła. Ciśnienie mi skończyło i nie mogłam się uspokoić. Wiedziałam, że jak tylko wyjdę to pojadę do dziadka.


Położyłam się znowu i czekałam na te badanie. Dochodziła 12 więc zaczęłam się niecierpliwić. Wyszłam na korytarz i akurat doktor mnie zauważył jak wchodził do zabiegowego. Kazał mi zaczekać aż wyjdzie pacjentka.

Wyszła i zostałam poproszona na badanie.
Doktor zbadał mnie i później ustaliliśmy, że przyjdę na usg po miesiączce. Wtedy zobaczymy czy pęcherzyk się usunął czy nie.
Powiedział, że mogę iść do domu i wypis będzie koło 14.

Pojechałam do domu wpakować rzeczy.
Po drodze wstąpiłam do laboratorium pobrać krew.
Wczoraj dzwoniła koordynatorka i wysłała mi mailem jakie badania mam zrobić, bo straciły ważność 6 miesiący.

Cześć zrobimy u nich, bo są refundowane w ramach programu i są to:
1.       Chlamydia PCR
2.       HBs-Ag
3.       Anty –HCV-Ab
4.       Anty –HIV-1,2
5.       VDRL

A pozostałe musimy zrobić płatnie.
Dziś pobrałam krew znowu na:
1.       Anty HBc
2.       CMV IgG, IgM
3.       Toxoplazmoza IgG, IgM
4.       APTT

Morfologię, sód i potas zrobili mi teraz na oddziale, więc mam aktualne.
Muszę zrobić jeszcze badanie czystości pochwy, ale to zrobię już w invimed jak będę robić pozostałe badania.

Przy okazji pobrania krwi zrobiłam też tsh i food profil ten najtańszy. 

Może wreszcie wyjaśni się czego nie mogę jeść.
Na oddziale na śniadanie i kolacje dawali chleb i męczyły mnie straszne wzdęcia i gazy :) masakra :)
W domu unikam chleba. Jeśli już to wybieram ten bezglutenowy.

Przy hashimoto wiadomo dieta bezglutenowa i najlepiej bez laktozy :)

Po mleku też mam mega brzuch i wszystko jeździ mi środku.

Przy okazji po powrocie do domu odebrałam paczkę od sąsiadki.

No i wróciłam do szpitala po wypis.
Musiałam zanieść L4 do kadr.
Przy okazji kupiłam antybiotyk. 

Zwolnienie mam póki co do 21 grudnia. Mam odpoczywać i nie dźwigać.

Zobaczyłam w internecie jaki status ma moja przesyłka bielizny. Okazało się, że od wczoraj jest na innej poczcie.
Zadzwoniłam tam i okazało się, że moja paczka jest już tam gdzie powinna trafić.
Takiego pecha mogę mieć tylko ja.
Pocztex wysyła sms jak paczka jest do odbioru, a ja nic nie dostałam, mimo, że przesyłka czekała już od wczoraj.
Dobrze, że sama się zorientowałam, że coś jest nie tak.
Pojechałam, więc na moją pocztę odebrać paczkę.

Żeby nie wozić jej już w samochodzie weszłam jeszcze do domu i zostawiłam ją, a przy okazji spakowałam kilka rzeczy. 

Miałam zamiar jechać do rodziców na noc i podjechać do dziadka do szpitala.

W drodze zadzwoniłam do mojego M. Rozkleiłam się. Opowiedziałam o wszystkim. O porannej sytuacji, o dziadku i o tym, że nikt mi nie pomoże :(
Coś jest ze mną nie tak, a nikt nie potrafi ustalić przyczyny :(
Potrzebny mi dobry ginekolog specjalista od leczenia niepłodności.
Ci od in vitro mają w dupie leczenie nas.
Dla nich każdy transfer to jest kasa.
Mają gdzieś masz ból i cierpienie gdy się nie udaje...
Liczy się zysk.

Zadzwoniłam też do taty, żeby powiedział mi gdzie mogę jechać zrobić przegląd.
Podjechałam i wydawało się, że wszystko będzie ok i podbije mi facet ten przegląd.
A tu dupa.
Kolejna przygoda w dniu dzisiejszym.
Okazało się, że coś jest z wahaczem z prawej strony i nie podbije mi.
Ceny u nich są niezłe.
Sam wahacz od 160 zł plus 200 wymiana.
Super.

Przyjechałam do rodziców i powiedziałam tacie co i jak.
W pierwszym momencie kazał mi jechać tam jutro i zrobić to bo i tak trzeba będzie to zrobić.
No niby tak. Ale teraz przed świętami to niezbyt fajnie mieć taki wydatek jeśli to nie jest konieczne.

Zabrałam mamę i pojechałyśmy do dziadka, a tata został z małym w domu.

Zadzwoniłam do kolegi już w trakcie jazdy do rodziców, że wpadnę po płytkę z badań dziadka.
Gdy byłyśmy już na miejscu zadzwoniłam do niego, że czekamy.
On na to, że o wilku mowa i akurat dziadek jest u niego na badaniu.

Wpadłam do gabinetu i odrazu do dziadka, a on jakby zero kontaktu.
Przerażona byłam.
Nie reagował na to, że coś mówię do niego, czy dotykam ręki.
Wzięłam płytkę i pojechaliśmy razem z personelem na górę na oddział.

Na sali po chwili dziadek zaczął kontaktować. Mówił normalnie. Poznał mnie i mamę. Pytał o brata, siostrę i tatę.
Mówił, że był teraz na badaniu, że już wie że jest w szpitalu.
Był już logiczny.

Mama stwierdziła, że musi coś zjeść, bo jadł w południe, a już była prawie 18.
Dziadek o dziwo z naszą pomocą usiadł na łóżku, nogi spuścił. Założyli mu pampersa i cewnik.

Lepiej nie ryzykować. Niby po południu poszedł z mamą do łazienki, jednak nie wiadomo jak będzie później.

Dziadek usiadł i sam zjadł zupę. Mama tylko pomagała trzymać mu miskę, żeby nie wylał. Zjadł jeszcze jedną kanapkę, troszkę wypił.

Mówił logicznie, opowiadał. Poza jednym. Nagle przestał nas poznawać. Na mnie mówił, że jestem moją siostrą, a na mamę, że jest mną. Straszne.
Rozmawiał z mamą i myślał, że to ja :(
Pytał się kiedy mama przyjedzie :(

Nie dość, że przestał widzieć na jedno oko, to jeszcze ma zaburzenia poznawcze :(
Powiedziałam mamie żeby poszła do lekarza zapytać się o dziadka.
Ona się wstydziła i wysłała mnie :)
,,No Ty idź lepiej. Ty się nie wstydzisz. Pracujesz w szpitalu. Znasz się".

Zapytałam się pielęgniarki gdzie znaleźć lekarza. Okazało się, że dziś dyżur ma sam ordynator.

Mimo, że troszkę się wstydziłam to zapukałam.

Powiedziałam, że przyszłam dowiedzieć się coś o dziadku, jak rokuje itd.
Doktor sprawdził w komputerze.
Dziadek najprawdopodobniej miał migotanie przedsionków, które spowodowało udar.
A udar ten ma rozległy i wychodzi z głównej tętnicy środkowej mózgu.
Są szanse na wyjście z tego ze względu na krążenie oboczne, które jest wykształcone u starszych ludzi (dziadek ma 86 lat i do tej pory nie chorował).

Dziadek nie jest typowym przykładem udaru.
Nie ma niedowładu czy afazji.

Przy okazji pogadałam z doktorem o innym przykładzie jaki mieliśmy niedawno u mnie w szpitalu - 17 latka z udarem.
Okazało się, że doktor słyszał o niej, bo był w stolicy razem z ordynator z mojego szpitala na jakimś sympozjum naukowym i rozmawiali.

Przy okazji zgadało nam się, że właśnie wyszłam z oddziału, a tu dziadek trafił teraz do szpitala.

Wspomniałam o moim in vitro.

Doktor polecił mi naprotechnologię.
Słyszałam o niej wcześniej, jednak dla mnie było to coś w rodzaju leczenia ,,dla wierzących", dla przeciwników in vitro.

Nie do końca wierzę w to, że ta technika jest w stanie wyleczyć mnie z endometriozy czy sprawić, że będę w ciąży.

Jednak coś mnie zastanowiło.

Doktor powiedział jedną ciekawą rzecz, którą słyszałam już od jednej z moich doktor z którymi pracuje.

,,Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nawet to, że teraz tu Pani jest i trafiła tu do mnie i rozmawiamy i zboczyliśmy akurat na ten temat".

Ma rację.
To chyba faktycznie przeznaczenie.

Podał mi nazwisko tego doktora z Białegostoku. Podobno to prekursor tej metody. Wczesniej zwolennik in vitro.
Teraz zajmuje się naprotechnologią.

Cholera.
Może faktycznie wszystko to przeznaczenie?
To, że dziadek trafił na ten oddział?
To, że trafiłam na lekarza, który polecił mi tą technikę?
Lekarz, który okazał się miłym i fajnym człowiekiem, a nie jak większość tych dupków z którymi nie da się pogadać, a jedynie naciągają na kasę.
W jego oczach poczułam się człowiekiem.

Poczułam, że los tak chciał, żebym na niego trafiła na swojej drodze.
Żeby mnie ktoś pokierował we właściwym kierunku.
Wiadomo, tonący brzytwy się chwyta.

Do czerwca mam czas. Wyczerpię wszystkie możliwości jakie daje mi ,,nauka".
Później pomyślę co dalej...

Wróciłam do sali dziadka jakaś taka spokojniejsza.
Jakby ktoś czuwał nade mną.
Dziwne to wszystko.

Zaczęłyśmy z mamą się zbierać, a tu wszedł ordynator na salę.
Przyszedł powiedzieć mi nazwę tej kliniki w Białymstoku :)
Bo mu się przypomniała :)
I to jest lekarz :)
Człowiek :) z sercem :)

Pojechałyśmy do domu.

Rano jedziemy z tatą zawieźć małego do szkoły na 9:20 i odrazu do dziadka.
Później tatę odstawię do domu, a ja wracam do siebie.

Mój M. załatwił mi u kolegi przegląd.
Pojadę i zrobią bez problemu.
Sprawdzi też czy naprawdę trzeba koniecznie teraz wymienić ten wahacz.
No i z pewnością policzy taniej.

Mój narzeczony tak wierzy w moje możliwości, że narysował mi mapkę, żebym trafiła do tego warsztatu :)
I nawet (!) Nagrał wiadomość głosową z instrukcją i wysłał mi to wszystko na wasupa.
Żeby nie było, to ja zrozumialam jak tylko wspomniał mi gdzie to jest.
Jednak mój ukochany znając mój pech i moje zdolności wolał mi to narysować jeszcze i zrobić instrukcje głosowe :)
Żartowniś :)

Uff to był ciężki dzień.
Siostra już śpi, pies chrapie.
Ja odzyskałam już prawie głos, chociaż cały czas kaszlę.
Brzuch dalej boli.
Dziś 16 dc.
Przy moich krótkich cyklach to już dawno po owulacji.
Ciekawe co jutro mnie spotka...

Obrazek idealnie przedstawia podejście niektórych osób w naszym cudownym kraju do tematu in vitro 

4 komentarze

  1. Plusem nanotechnologii jest to, że lekarz prowadzący faktycznie drąży, pyta i szuka przyczyny. Pytania są dość szczegółowe i dotyczą przebiegu całego cyklu.
    Przynajmniej powinien. W każdym razie wizyta u mojej lekarki, pierwsza, trwała prawie godzinę, kolejne są krótsze, ale nigdy nie miałam wrażenia, że jestem popędzana, czy ignorowana. Cokolwiek powiem jest brane pod uwagę. Być może zależy, to od lekarza jakim jest człowiekiem, ale szukając kogoś, kto mi pomoże trafiałam na różnych lekarzy i pani doktor jest pierwszą przy której czuję, że mój problem został poważnie potraktowany. Pozostali zerkali w moje badania i mówili: jest pani zdrowa, proszę sobie zrobić dziecko, bo czas ucieka. Jakbym nie wiedziała :/
    Ale cała procedura jest chyba bardziej żmudna. Obserwacje, badania, lekarz, leki, znowu badania, żeby sprawdzić, czy leki działają. Ewentualna korekta dawki, inne leki.
    Ponoć leczenie napro może pomóc przy endometriozie. Nie wiem, bo u mnie problem, gdzie indziej leży.
    Ale każdy musi znaleźć najlepszą metodę dla siebie.
    Trzymam kciuki za was i powodzenie w waszych staraniach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Jeśli nie uda się 3 procedura to mam zamiar jechać do Białegostoku na wizytę.
      Przynajmniej spróbować. Może oni poszukaliby źródła problemu :(
      Bo tu niestety tylko transfer za transferem bez szukania przyczyny :(
      Wiadomo tonący brzytwy się chwyta.
      Zaryzykuję więc.
      Chyba, że wreszcie się uda zajść w ciążę :)
      A Ty gdzie się leczysz?
      Szukam jakiejś alternatywy w razie jak 3 procedura się nie powiedzie ....

      Usuń
    2. Ja we Wrocławiu.
      Chociaż coraz bardziej podejrzewam, że to jakaś blokada w mojej głowie, a nie w zdrowiu. Chociaż leki też okazały się potrzebne. Na razie jednak pomogły mi tyle, że pozbyłam się łupieżu z którym walczyłam prawie od zawsze :P czyli jakieś zaburzenia w oragniźmie mam. No nic, zobaczymy. Wczoraj widziałam bociana, ale w znaki już nie wierzę, bo dwa lata temu jeden mi prawie na głowie wylądował i nie pomogło, hahaha :) Ale z bocianem jedno jest pewne - wiosna coraz bliżej więc i nastrój się polepszy :)
      I po obserwacjach widzę, że coś tam się zmienia.
      Mam nadzieję, że nie będziesz potrzebować alternatywy :)
      E.
      Przepraszam, że anonimowo, ale mam login po nazwisku :)

      Usuń
    3. Spoko :))) pisz jak uważasz :))) może być anonimowo :)
      Hehe dobre z tym łupieżem :)))
      Ale zawsze jakiś plus :)))
      Masz rację. Wiosna pozytywnie nastroi do kolejnego podejścia :)

      Usuń

TOP