niedziela, 4 września 2016

IN VITRO nie zawsze kończy się powodzeniem...

Wpis powstał w ramach projektu Blogerzy vs. Niepłodność  wspierającego akcję Niepłodności nie widać
zorganizowaną przez redakcję magazynu Chcemy być rodzicami.

Kiedy przeczytałam na blogu Dagmary (Socjopatka) o projekcie jaki organizuje nie mogłam pozostać na to obojętna.

Ten temat znam od środka, każdą jego najmniejszą cześć. Musiałam wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Pokazać światu swoją historię, drogę przez piekło, która nie zakończyła się happy endem.

A niektórzy mówią, że in vitro to droga na skróty? Śmieszne.

Ktoś kto nie doświadczył tego na własnej skórze nie ma pojęcia czym jest niepłodność, ból, niemoc, stracone szanse, wykorzystanie dostępnych możliwości.

#nieplodnosciniewidac #blogerzyvsnieplodnosc #adopcja 

Patrzysz na mnie i kogo widzisz?
Czy widzisz chorą osobę?
Raczej nie.
Bo niepłodności nie widać. Tak jak wielu innych chorób, które mnie niszczą.

Widzisz blondynkę, niską, z lekką nadwagą, ale mimo to całkiem ładną 😀
Myślisz - pewnie lubi słodycze.

Nie myślisz, że ta z pozoru normalnie i zdrowo wyglądająca kobieta w rzeczywistości choruje. Nie wiesz z czym się zmagam, co czuję i nie wiesz tego, że każdy dzień powoduje ból fizyczny i psychiczny, spowodowany chorobą.

Niepłodność to tylko jedna z nich. Poza nią choruję na endometriozę, niedoczynność tarczycy, Hashimoto, PCO, insulinooporność, mam nieszczelne jelita i cierpię na nietolerancje pokarmowe na wiele pokarmów. Jestem też ślepawa - już mam -3. Żeby było ciekawiej mam jeszcze problem z kolanem. 5 lat temu miałam rekonstrukcję więzadła. Teraz kolano jest w tak tragicznym stanie, że za niecały miesiąc mam 2 operację. Mam też problemy z kręgosłupem. Przez pracę. Tak wchodzi dźwignie pacjentów. Do takiego stopnia jest źle, że ciąża czy dźwignięcie czegoś może spowodować wypadnięcie krążka międzykręgowego.

Tyle dolegliwości.
A mam dopiero 28 lat.

Denerwują mnie teksty innych, starszych  mówiących, bo Pani to ładna, młoda, zdrowa. Gów...  prawda. Moich schorzeń nie widać. Poza nadwagą i blizną na kolanie.Okulary rzadko noszę.
Reszta jest nie widoczna dla Waszych oczu.

Nie potrzebuję litości. Pocieszenia.
Czasami lepiej nic nic mówić.

Najbardziej jednak boli niepłodność.
Chcesz poznać moją historię?
Zapraszam.

Nie myślałam, że temat niepłodności będzie mnie dotyczył. Kto by pomyślał. A jednak.

Mam 28 lat i żeby było ciekawiej pracuję w szpitalu, a nawet w dwóch. Na starcie zaznaczę, że z tego powodu wcale nie było mi łatwiej, a wręcz odwrotnie.

Niestety lekarze często bagatelizują objawy choroby. Ja tak miałam już 3 razy.

Pierwszy raz gdy podejrzewałam u siebie Hashimoto. Poszłam do ginekolog endokrynolog, a ta zamiast wziąć na poważnie moje objawy to zaczęła gadkę na temat zdrowego odżywiania.
Rację miałam ja. Tsh miałam ponad 8.
Do tej pory już 7 lat biorę Euthyrox.

Kolejna druga sytuacja z bólem brzucha. Również 7 lat chodziłam od lekarza do lekarza i tylko wychodziłam na hipochondryczkę. Dopiero 2 lata temu jeden profesor potraktował mnie poważnie i na podstawie samych tylko objawów stwierdził endometriozę, którą potwierdził w laparoskopii. A tyle lat bólu, który zresztą trwa nadal. Teraz przynajmniej wiem co mi dolega i co może być przyczyną mojej niepłodności...

Trzecią chorobę również wykrywałam sama, dzięki swojemu szukaniu dziury w całym - insulinoodporność. Problemy ze schudnięciem i PCO, które pojawiło się nagle po in vitro dały mi do myślenia i ponownie zrobiłam test obciążenia glukozą, ale zrobiłam tym razem również insulinę. To był strzał w dziesiątkę. Gdyby kilka lat temu lekarz zlecił mi zrobienie jej poza glukozą to nie miałabym problemów, które mam teraz.

Być może gdybym została wcześniej zdiagnozowana to cieszyłabym się już potomstwem, a tak 5 transferów in vitro przeszłam i dalej nic... 

Dobrze, że mam jakąś wiedzę medyczną i sama byłam w stanie dużo ustalić. Ale to nie pacjent powinien sam się leczyć tylko lekarz... Takich z powołania, którzy naprawdę chcą pomóc jest niestety naprawdę mało.

Ostatnie 7 miesięcy od września 2015 do połowy kwietnia 2016 było dla mnie trudne. Złość mieszkała się z nadzieją, a każda porażka powodowała wściekłość, niemoc, a w konsekwencji prowadziła do pogodzenia się z faktem. Nie było łatwo. Było dużo łez.

Żeby zacząć opowiadać o niepłodności muszę zacząć od początku, czyli od stwierdzenia u mnie endometriozy.
Brzuch bolał mnie dużo wcześniej - pierwszą dokumentację mam z 2007.  Każdy lekarz lekceważył dolegliwości.  Robili podstawowe badania krwi, usg i tyle. Wychodziłam na hipochondryczkę, która wymyśla sobie choroby i ból, a ten był nie do wytrzymania. Najgorzej było podczas miesiączki. Zawsze słyszałam standardowy tekst - ,,Taka Pani uroda. Jest okres to musi boleć".

W końcu doszło do tego, że trafiłam do szpitala z podejrzeniem zapalenia przydatków. Tam też pierwszy raz padło podejrzenie endometriozy.
Jednak nic mi nie robili. Zdenerwowałam się, bo dawali tylko antybiotyki, a nawet stanu zapalnego nie miałam. Wyszłam na własne żądanie. Tak potraktowali mnie w szpitalu w którym pracuje. Wypisali i kazali brać tabletki antykoncepcyjne.
Nie zrobili laparoskopii. Wyszłam z takim samym bólem z którym przyszłam.

Pojechałam do profesora polecanego mi przez kilka osób. Był wtedy ordynatorem w szpitalu oddalonym od mojego miasta o 50 km.
Wystarczyło, że powiedziałam mu objawy, a stwierdził, że na 99 % jest to endometrioza i musi to potwierdzić w laparoskopii. 2 tygodnie później diagnoza została potwierdzona.
Wtedy też dowiedziałam się, że jest to prawdopodobna przyczyna moich problemów z zajściem w ciążę.

Podejrzewałam problem już wcześniej, gdy byłam w poprzednim związku mając 23 lata. Już wtedy zastanawiało mnie czemu mimo nie zabezpieczania się nie udaje mi się ,,wpaść". Zrobiłam badania hormonalne, robiliśmy badanie nasienia. Niby wszystko wychodziło ok, a ciąży mimo to nie było.

To samo było i jest dalej w obecnym związku.
Też zastanawiałam się co może być nie tak, że nie zachodzę w ciążę. Zwalałam wszystko na Hashimoto. Później na endometriozę, o której dowiedziałam się 2 lata temu.

W życiu nie pomyślałabym, że mogę cierpieć na niepłodność.
No, bo jak. Ja? Młoda dziewczyna?

2,5 roku temu przeszłam laparoskopię, która potwierdziła obecność ognisk endometriozy na otrzewnej zatoki douglasa, otrzewnej zachyłka pęcherzowo-macicznego i na więzadłach krzyżowo-macicznych.
Po 3 miesiącach brania Visanne mieliśmy zacząć starać się o dziecko. Niestety. Minęło pół roku, a monitorowane cykle nie przyniosły rezultatów w postaci upragnionej ciąży. Nie pomagał zastrzyki czy leki stosowane pomocniczo.

Chciałam się poddać. Odpuścić.
I tak zrobiłam na 2 miesiące.
Jednak przeczytałam gdzieś o AMH i przestraszyłam się.
Pomyślałam: ,,A co jeśli później będzie za późno?".
Udałam się do kliniki leczenia niepłodności w moim mieście. Lekarz zlecił kilka badań hormonów w tym właśnie wyżej wspomniane AMH dla oceny rezerwy jajnikowej.
Wynik 1,6 przy minimum 1,5. W wieku 26 lat to kiepski wynik.
Wyrok - in vitro.
Wtedy pierwszy raz zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji.
Niepłodność.
Świat mi się zawalił.
Tym bardziej, że nie mieliśmy pieniędzy na prywatne podejście.
Załamałam się, ale równocześnie zaczęłam działać.
Czytałam i szukałam w internecie informacji o in vitro.Szperając w sieci natrafiłam na informacje o Programie Rządowym.
Przeczytałam warunki i kwalifikowałam się do niego. Endometrioza, 2 lata starań z obecnym partnerem, a prawie 7 lat dokumentacji, wiekowo też pasowałam.
Pozostał tylko wybór kliniki. Z racji odległości postawiliśmy na najbliższą Warszawę.

Pierwsza placówka do której napisałam nie miała już miejsc do końca programu (a był wtedy marzec 2015).
Napisałam więc do drugiej. Odpisali, zadzwonili i umówiliśmy się na termin wizyty kwalifikacjnej. Byłam uradowana. Pojawiała się iskierka nadziei.
Niestety na krótko.
Dosłownie kilka dni przed umówioną datą dostałam telefon. Skończyły się limity w tej klinice i niestety wszystko jest już nieaktualne.
Wyłam jak bóbr. Czułam się jak dziecko, któremu odebrano cukierka.
Było już tak blisko.
Ta sytuacja dała mi potężnego kopa. Zaczęłam działać dalej. Napisałam do trzeciej kliniki. Mieli miejsca. Wizyta kwalifikacjna w czerwcu.
Radość i nadzieja wróciły.
Trafiliśmy do miłej Pani doktor.
Brakowało nam kilku badań i monitoringu owulacji, więc żebyśmy nie odpadli wizyta została potraktowana jako zwykła płatna, a wraz z kompletem potrzebnych dokumentów zjawiliśmy się ponownie.
Zostaliśmy zakwalifikowani. Pozostało czekać.

We wrześniu 2015 miałam pierwszą stymulują i pierwszy transfer. Ostatni piąty był w kwietniu 2016.
Łącznie przeszłam 3 pełne procedury.

Minęło 5 miesiący. Staram się teraz żyć dalej po przygodzie z ,,in vitro".
Nie udało nam się mimo tylu prób.
Czasami brak mi sił i nadziei na to żeby myśleć o tym, że kiedyś może udać się naturalnie. Skoro tyle razy nie wyszło mając podane wszystko jak na tacy.

Zapłodnienie naturalne wydaje mi się nierealne prawie jak kosmici ;)
Może to śmieszne, ale po tylu latach starań (aktualnie już 3 z obecnym narzeczonym, i 2 z byłym) ciężko wierzyć w cud.
W tym momencie nie mamy innej możliwości.
Nie stać nas na komercyjne podejście. Zresztą widząc 3 poprzednie procedury jak wierzyć w sens powodzenia kolejnej płatnej. Ile musiałoby ich być żeby wreszcie się udało?

Było dużo płaczu, złości, negatywnych emocji. Pytań bez odpowiedzi.
Czemu innym się udaje? Czemu one, a nie ja? Dlaczego akurat mnie to spotyka?

Jak czuję się teraz?
Emocje odrobinę opadły. Daję radę normalnie funkcjonować bez nienawiści.
Nie pogodziłam się i nigdy nie pogodzę się z niepłodnością.
Mam zamiar z nią wygrać.

Jeśli teraz nie uda się naturalnie, to gdy jakimś cudem odłożymy pieniądze to znowu ruszamy z in vitro.

Niepłodność boli psychicznie i fizycznie. Ciało się zmieniło, przybyło kilogramów, na psychice i w sercu zostały rany.
Psychika powoli dochodzi do siebie. Ciało niestety gorzej. Przeszło dużo. Bardzo dużo. Zastrzyki, leki, hormony. Wszystko razy 3, bo były 3 stymulacje w przeciągu zaledwie 7 miesiący.

Czas od września 2015 do kwietnia 2016 wydaje się być taki nie realny.
A jednak. Tak wiele się wydarzyło. Dostałam swoją szansę na udział w Programie. Jestem za to wdzięczna, bo gdyby nie to, to nigdy nie miałabym możliwości podejść komercyjnie i chociażby spróbować. Dostałam szansę.

Niestety te 3 stymulacje nie wystarczyły.
Boli do tej pory.
Czasami przychodzą takie dni, gdy czarne myśli opanowują umysł.
Kiedy wraca się do tego matrixa w którym byłam przez ostatnie 7 miesiący.
Do życia od transferu do transferu. Od nadziei do smaku gorzkiej porażki. I od nowa. Do wyczerpania szans w programie...

Gdyby in vitro udało mi się we wrześniu przy 1 podejściu w czerwcu bym już urodziła...

Teraz staram się żyć dalej. Świat się nie skończył. Nie jestem w ciąży. Boli to niestety każdego dnia.
Jednak trzeba jakoś funkcjonować.

Procedura IN VITRO nie daje gwarancji sukcesu. Pojawiają się czarne myśli, zwątpienie w sens i powodzenie dalszych starań, a tym samym poprzez samopoczucie i stres też zmniejsza się swoje szanse na powodzenie.

Na jakim etapie jesteśmy obecnie:
Dalej robimy wszystko co możliwe żeby udało się naturalnie: monitoring owulacji, biorę clostilbegyt i Naltrexon.
Efekty widać, bo jajniki pięknie zaczęły pracować, endometrium eleganckie, a poziom Tsh się obniżył i biorę niższą dawkę leków.

Wszystko idzie w dobrym kierunku.
Mam świadomość i zdaje sobie sprawę z tego, że mam niską rezerwę jajnikową, słabe komórki jajowe przez endometriozę, że czas mi ucieka, a jedyną szansą dla mnie na ciążę przy endometriozie 3 stopnia może być in vitro.

Ze względu na brak funduszy liczę tymczasem na naturalny cud. Przynajmniej dopóki nie będziemy mieli pieniędzy na pomoc medycyny.

Boję się cały czas tego, że nigdy nie będzie mi dane posiadanie własnego dziecka, że nigdy nie będę w ciąży.

Po in vitro doszły mi inne problemy PCO i insulinoodporność.
Mój cudowny profesor stara się mnie jakoś ogarnąć po tych wszystkich przejściach.
Kto wie może uda się i nie będzie konieczne ponownie in vitro?
A jeśli nie to jestem już mocniejsza żeby stanąć do ponownej walki.

Co prawda mi Program Rządowy nie pomógł, ale dzięki niemu wiele par może dziś cieszyć się potomstwem. Przez 3 lata swojego istnienia zrobił dużo dobrego, dał światu tyle nowych istnień, tyle nadziei i szczęścia rodzicom, którzy nie mogli mieć dzieci.

To piękne, że niektóre miasta wychodzą naprzeciw swoim mieszkańcom i chcą pomagać po zakończeniu programu. Piękny gest.

W końcu niepłodność to taka sama choroba jak każda inna. Powinno się nam pomagać tak jak chorym na inne schorzenia.

Mimo, że nie udało mi się zajść w ciążę to cieszę się, że miałam możliwość spróbować, wziąć w tym udział i dostać swoją szansę.

Nam nie udało się niestety. Takie jest życie. Raz na wozie, a raz pod nim. Wierzę, że kiedyś i na mnie przyjdzie czas, a zły los się odwróci i doczekam się wreszcie tej mojej upragnionej trójki potomstwa :)
Takie małe marzenie :)
Póki co marzy mi się chociaż to jedno długo wyczekane...

Dziękuję bardzo Dagmarze za możliwość dołączenia się do kampanii i przedstawienia sytuacji z perspektywy osoby której in vitro nie dało dziecka.
Może cześć z osób do których ten wpis dotrze zrozumie, że in vitro to nie jest droga na skróty, a ostateczność, która wcale nie zawsze kończy się sukcesem. 

25 komentarzy

  1. Tak jak piszesz, dużo ludzi - starszych ludzi twierdzi że in vitro to droga na skróty. Przykre to. Niepłodności nie widać, ale siedzi ona w nas i robi spustoszenie psychiczne. Wiele par dzięki programowi doczekało się upragnionego potomstwa, ale jeszcze więcej dalej na nie czeka.
    Z całego serca życzę Ci i innym parom ażeby stał się cud i obyście doczekali się upragnionego dzidziusia ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i mam nadzieję, że wkońcu doczekamy się tego cudu ☺

      Usuń
  2. To zdecydowanie nie jest droga na skróty. To nie jest także droga, która zawsze kończy się powodzeniem. Obie o tym wiemy z doświadczenia.

    Cały czas Wam Kochana kibicuję:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj niestety taki... i takich jak my jest wielu...

      Ja też trzymam za Was kciuki ☺

      Usuń
  3. Boże jakie to prawdziwe.. Jest nas coraz więcej a niestety niepłodność to choroba anonimowa.. Ludzie nas oceniają a gówno wiedzą ile musieliśmy przejść, wycierpieć wydać pieniędzy żeby zostać mamą.. a przecież kobieta jest stworzona do tej roli.. Wkurza mnie to lekceważące podejście lekarzy do naszych niekoniecznie wyimaginowanych dolegliwości. W 100% Cię rozumie , diagnozowało mnie kilkunastu lekarzy i dopiero po 4 latach trafiłam na lekarza z prawdziwego zdarzenia. Twój wpis w dziesiątkę ! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety trafić na dobrego lekarza to jak wygrać w totka. ..

      Usuń
  4. Czytam Twój wpis i nie mogę powstrzymać łez...
    Tak bardzo czekamy na te nasze dzieci, a tu jak na złość, wszystko przeciwko nam... Po wakacjach jestem wypoczęta; fajnie było robić coś spontanicznie, bez zaplanowania, bez kalendarza w ręce, chociaż i tak kolejny cykl stracony, ale nie walczę już ze wszystkich sił, bo to mnie zbyt wiele kosztowało- starań nie zawieszam, ale nie robię nic na siłę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech ile my musimy wylać tych łez w drodze po upragnione szczęście :( ale wkońcu doczekamy się tego ☺i Ty i ja i wszystkie inne staraczki😊

      Usuń
  5. Bardzo wspolczuje I rozumiem twoj bol, chociaz moje starania byly krociutkie, a juz w glowie klebily mi sie "czarne mysli" - co jesli nie uda Nam sie ?

    Ja tez pracuje w szpitalu I nienawidze tej pracy.

    Lekarz powinien badac, lekars powinien leczyc...a ja widze, ze wiekszosc z nich nie robi nic badz tez jeszcze pogarsza zdrowie pacjenta.
    To nie na moje nerwy....

    Trzymam jednak mocno kciuki za to, ze uda sie naturalnie.
    U nas w IE w gazecie byl ostatnio artykul o kobiecie, ktora miala zaledwie 5 % szans na zajscie w ciaze ze wzgledu na endometrioze, a urodzila 6 zdrowych dzieci.
    I wiem, ze to glupie, ale duzo zalezy od naszego nastawienia. To psychika gra pierwsze skrzypce. 50% tworzy sie w mozgu, a podczas jego stymulacji cialo zaczyna "chorowac".

    Trzymam kciuki za Ciebie I wszystkie Mamy, ktore oczekuja swojego cudu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i mam nadzieję, że i mi wkońcu się uda 😀😀

      Usuń
  6. Alez Ty sie juz nacierpialas w zyciu, czytalam i nie moglam uwierzyc... Kasiu, trzymam kciuki, zeby los sie wreszcie odmienil. Duzo sily i determinacji Wam obojgu zycze! :-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały czas niestety pod górkę.
      Ale wierzę w to, że wkońcu los się do mnie uśmiechnie ☺
      Dziękuję ☺

      Usuń
  7. In vitro droga na skróty! Raczej droga przez mękę :(
    Czytam Twojego bloga od dłuższego czasu- jestem po dwóch podejściach rządowych, obecnie w trakcie 3, niestety juz płatnej procedury - stymulacja idzie opornie, nie wiadomo co z tego wyniknie... A mi juz zwyczajnie brak wiary i sił...:( Bo ile jeszcze razy można próbować- 4,5,6 stymulacji? Gdzie do cholery jest granica? Mam dopiero 30lat, a coraz bardziej watpię czy kiedy zostanę biologiczną Mamą...
    Mamy ze sobą jeszcze jedną wspólną rzecz - także pracuje w służbie zdrowia��
    Oleandra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo kolejna ze służby zdrowia ☺☺☺miło mi Ciebie tu gościć kochana 😚
      Trzymam w takim razie kciuki za Ciebie oby jednak ta stymulacja się powiodła i transfer zakończył się sukcesem ☺
      Dawaj koniecznie znać 😊

      Usuń
  8. Kasiu, masz rację, większość społeczeństwa myśli, że to droga na skróty -wystarczy pójść do kliniki, zrobić in vitro i już dziecko gotowe. Ludzie nie mają pojęcia na czym to polega i nawet nie chcą się dowiedzieć.
    Trzymam kciuki aby Twoja historia miała szczęśliwe zakończenie 😊😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie myślą tak tylko ograniczeni ludzie...
      Ja za Was też trzymam Kciuki ☺

      Usuń
  9. Ja przechodze gechenne a dopiero zaczynamy starania się o nasze upragnione maleństwo wsumie mialam to samo lekarz odsyłam mnie jeden od drugiego wkoncu trafiłam na takiego co mnie zbadał od góry do dołu i na hsg wyszło ze mam lewy jajowod zpkany zrosty i miesniaka więc laparoskopia w czerwcu mnialam ja i mam wszystko wyczyszczone mój profesor u którego się łączę obecnie twierdzi że jak teraz przez 3 cykle biorąc 3 różne hormony wspomagające nie zajde w ciaze naturalnie to on nie widzi innego rozwiązania tylko in vitro boję się tego in vitro nie wiem czy będę wstanie podjąć ta decyzje bo szperajac w Internecie natrafiłam na wiele kobiet właśnie takich jak Ty nie zadowolonych z in vitro. Nie wiem co będzie dalej narazie robimy z mężem wszystko by zajść naturalnie A to się okaże poddziwiam Cię i będę trzymała kciuki również za Ciebie i 2 kreski na teście ��������

    OdpowiedzUsuń
  10. Przeraża mnie, że niektórym ludziom naprawdę wydaje się, iż in vitro czy adopcja to drogi na skróty! Przy in vitro - masa badan, leków, zastrzyków, procedur medycznych... Przy adopcji - kilkumiesięczne warsztaty, długotrwałe "prześwietlanie" przez psychologów, pedagogów i innych specjalistów, wizytacje, zaświadczenia, testy psychologiczne, niekończące się czekanie na TEN telefon...Nie rozumiem, jak ktoś w ogóle może pomyśleć, że którakolwiek z tych dróg jest pójściem na łatwiznę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety tak wypowiadają się ludzie, którzy nie mają najmniejszego pojęcia o temacie...

      Usuń
  11. Jakbym czytała o sobie samej...z tą różnicą, że moje AMH to 0,5 po ostatnim badaniu i metryka o 10 lat do przodu...i diagnoza inna bardziej "Idiotyczna"
    Natka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku kochana :( trzymam za Ciebie więc kciuki i jestem całym sercem żeby Wam się udało ☺ może wkońcu jakoś nam się uda wygrać z niepłodnością ☺

      Usuń
  12. Jak ja Cię rozumiem... 6 prób in vitro, 4 poronienia... i jakby tego było mało: żadnych chorób z mojej strony! Jest pani zdrowa jak koń :) Ten kto uważa, że in vitro to lek na całe zło nigdy nie przeszedł przez to wszystko! Niestety, to wykańczające i psychicznie i fizycznie. Ja również odpuściłam po zakończeniu programu ze względu na koszty, no i niepowodzenia...
    Ściskam mocno, aż za dobrze wiem co czujesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :( jakie to smutne ile my musimy przejść żeby doczekać się upragnionego dziecka :((( ale cały czas wierzę w to, że i nam wkońcu się uda 😚 pozdrawiam i życzę powodzenia :*

      Usuń
  13. Czesc jestem tu nowa. Kilka dni temu zaczynam brac zastrzyki hormonalne. Od momentu jak.sie dowiedzielismy,ze ostania dla nas szansa jest.in vitro 3 mc. To byl.ciezki czas szok,placz,badaniania.Wierze w to,ze nam sie uda,ale w tej chwili.jest bardzo ciezko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety to bardzo trudne to przez co przychodzicie. Hormony dodatkowo nie pomagają w samopoczuciu... będę trzymać za Was kciuki żebyście udało 😘

      Usuń

TOP