piątek, 25 listopada 2016

Przemoc Psychiczna - moja historia

Dzisiejszy post został stworzony w ramach akcji Przerwij Krąg Milczenia – Blogerki Przeciwko Przemocy Psychicznej.
Pomysłodawczynią projektu jest Joanna z bloga Podróż We Dwoje.

Przemoc, której nie widać
Przemoc psychiczną trudno jest rozpoznać, bo bardzo często ukryta jest pod pozorami normalnej relacji.

Najczęściej sygnałem alarmowym, że coś się dzieje źle, jest pogarszający się stan psychiczny ofiary, która czuje się coraz gorzej, ale nie potrafi ustalić, z jakiego właściwie powodu.

Ofiara przemocy psychicznej traci wiarę w swoje możliwości, zaczyna odczuwać lęk przed partnerem, czuje się odpowiedzialna za zachowanie sprawcy, nieustannie dąży do doskonałości w celu uzyskania jego akceptacji, ale pomimo wysiłku, nieustannie doświadcza odrzucenia i krytyki.
Celem działań sprawcy jest władza i kontrola w związku. 

Każda próba postawienia się sprawcy przemocy wywołuje u niego coraz silniejszą reakcję. Im bardziej ofiara stara się wyrwać, tym bardziej doświadcza przemocy.

Z biegiem czasu, każda próba uzyskania autonomii prowadzi do coraz ostrzejszych psychologicznych lub co gorsza fizycznych kar.

Przemoc nigdy nie zatrzymuje się sama!
Sprawca stara się często utrzymywać ofiarę w przekonaniu, że nic nie wskóra i nikt jej nie pomoże. Jest to część strategii uzależniania partnera od siebie.

Jednak to nie prawda. Możesz być silna i wyrwać się z rąk tyrana. Sama lub z pomocą innych.

Przedstawię Ci tu moją własną historię.
Zaczęło się bardzo niewinnie. Tak normalnie. Nic nie zwiastowało późniejszych wydarzeń. 

Poznałam go na portalu randkowym. Od pierwszej wiadomości zawrócił mi w głowie. Był taki czarujący. Super się nam pisało. Wydawało się, że to książę z bajki. Ideał którego zawsze szukałam.
Byłam szczęśliwa.

Po około tygodniu pisania ze sobą postanowiliśmy się spotkać. Spotkanie przebiegło cudownie, śmialiśmy się, rozmawialiśmy kilka godzin. Tyle mieliśmy wspólnego.

Myślałam, że tacy jak on nie istnieją. Po tym spotkaniu nie mogliśmy żyć już bez siebie. Tak, po jednym spotkaniu staliśmy się niemal nierozłączni, do czasu… 

Przez kilka kolejnych dni spotykaliśmy się codziennie, jeden dzień przerwy był koszmarem. Miliony smsów, godzinne telefony i rozmawianie o wszystkim i o niczym.

Zaczął kupować mi kwiaty i inne małe podarunki. Robił niespodzianki, zabierał na kolacje.

Taka euforia trwała przez niecałe 2 miesiące. Zdecydowaliśmy, że zamieszkamy razem.

Nagle coś zaczęło się zmieniać
Czasami gdy byłam w pracy nie mogłam odebrać telefonu czy odrazu odpisać na SMS. Niby nic takiego. Każdy normalny człowiek by to zrozumiał. Ale nie on.

Strasznie się obraził, że nie mam czasu do niego nic napisać, że czym byłam aż tak zajęta, albo kim, albo, że może wcale w pracy nie jestem.

Z perspektywy czasu już wiem, że był pierwszy znak. 
Nagle poczułam, że nie dostaje od niego już tyle uwagi i wszystko inne było ważniejsze. 

Pomyślałam, że to kwestia dotarcia, każdy ma swoje przyzwyczajenia.

Zaczął się czepiać, że klucze leżą nie w tym miejscu, że zaraz zbije jego kubek, że to ma być tak, a to tak.

Ale między tymi sytuacjami było dalej jak w bajce, prezenty, kolacje, niespodzianki, romantyczne wieczory.

W pewnym momencie w domu przestaliśmy czas spędzać razem a bardziej obok siebie. On wiecznie zwieszony na telefonie, na facebooku. To była pierwsza rzecz którą robił po przebudzeniu i ostatnia przed pójściem spać, będąc jeszcze w łóżku.
Później zaczęły się wyzwiska, poniżanie, że jestem beznadziejna. Że taka dorosła a tyle ryczy, (gdy mnie obrażał nie potrafiłam powiedzieć przestań, tylko płakałam).

Wszystko, co robiłam stało się nagle beznadziejne tylko, dlatego, że on uważał, że robi to lepiej.

Zawsze zwalał winę na mnie, że go prowokuje, że chce mieć racje, a nie mam, że wmawiam mu, co coś, czego nie było (a właściwie on to robił mi).

Próbowałam ciągle znaleźć na to wytłumaczenie, że jeszcze się nie dotarliśmy. 

Bolało mnie jego zachowanie i to, co mi robił, a w zasadzie mówił.
Obrażał moich znajomych już po pierwszym spotkaniu z nimi, a to głupia, a to wyniosła…

Wszystko w rozmowach z rodziną określał, ja-sam-moje, tak jak w dalszej relacji ze mną (to jest jego a to moje nie ma nic, co nasze, nawet wspólnie wynajęte mieszkanie jest jego, bo on podpisał umowę…tylko o stan mojego konta pytał „ile już mamy”).

Potem pod wpływem alkoholu i nie tylko groził mi, że mi przypierd*. Groził mi i był agresywny.
Zaczęłam się bać, ale dla niego to zawsze były żarty. Zapewniał mnie, że on jest dobry i nigdy mnie nie skrzywdzi.

Takie zachowania były naprzemienne, raz książę z bajki raz potwór. 

W końcu zaczęły się kłamstwa i oszustwa. Nie mówił gdzie idzie, z kim się spotyka.

Powodowało to ciągle nowe kłótnie, a ja jego zdaniem robiłam się coraz bardziej chora, zazdrosna. Ciągle powtarzał, że on ma swoje życie i nie musi mi mówić, z kim się widuje. Może i mnie nie zdradził, ale takie tajemnice były i są dla mnie nie do zaakceptowania. 

Tracił nad sobą panowanie z błahych powodów. Zaczęło mnie to przerażać.
Obsesyjnie podejrzewał mnie o zdradę.
Zostawiał w domu podsłuchy...
Moje wyjazdy do szkoły były powodem wiecznych kłótni. Uważał, że jadę tam i go zdradzam. On przecież wiedział najlepiej co się robi w akademikach czy mieszkaniach. Nie pomagały tłumaczenia, telefony. Nie raz płakałam ukryta przed wzrokiem koleżanek w łazience.

Wszystko w związku było podporządkowane jego nastrojom. Humor potrafił mu się zmieniać momentalnie.
W jednej minucie czuły, w drugiej okrutny.

Mówił mi, jak mam się ubierać, z kim się masz przestać przyjaźnić, starał się kontrolować sfery „autonomiczne” mojego życia. Co do ubrań to nie dałam się zdominować, mimo jego ciągłych tekstów ,,dla kogo to niby noszę sukienki do pracy". Nie pomagały tłumaczenia, że taki mam styl i najwygodniej mi w sukienkach. On wiedział lepiej.

Pod wpływem jego złości i gróźb zmieniłam wiele rzeczy w swoim życiu, z wielu zrezygnowałam żeby go nie „prowokować”. Tego żałuję najbardziej, że dałam się tak zdominować i podporządkować.

Uświadomiłam sobie, że trwałam w związku z psychopatą.
Zaczęłam się go bać. Robiłam wszystko lub prawie wszystko, żeby tylko się nie zdenerwował.
Przy rodzinie i znajomych zachowywał się inaczej, niż w domu. Był cudowny, kochany i dobry.

Przez to ludzie widzieli w nas przykładny związek.

Trudno jest zrozumieć, jak ktoś, kto zachowuje się publicznie przyzwoicie, może nieludzko traktować najbliższych.

Dlatego nie mówiłam nikomu. Kto by mi uwierzył?

Wiecznie ja byłam wszystkiemu winna, on był wspaniały, każda kobieta w jego życiu to psycholka, według niego ja też nią byłam i gdybym była dla niego dobra to on byłby inny...

Zaczęło robić się coraz gorzej. Kłóciliśmy się ciągle i praktycznie bez powodów.

Tak spędziłam rok na prośbach, groźbach, innych płaczach, po których słyszałam "skończ te swoje wywody". Mówiłam mu o tym jak mnie traktuje. Prosiłam żeby tego nie robił. Nie chciał rozmawiać. Odpowiadał, że go męczę. Wyłączał telefon lub go nie odbierał.

Każde moje groźby odejścia potrafił skomentować. Mówił, że nie dam sobie rady bez niego, a też, że zniszczy mi życie, pójdzie do mojej pracy i nagada takich głupot, że mnie wyrzucą.
Tkwiłam w tym, w nadziei na zmianę na lepsze. Powoli nabierałam sił i odwagi do tego żeby odejść. Bałam się, ale nie chciałam dłużej tak żyć.

Wybaczałam wielokrotnie. Jednak to powodowało u niego jeszcze większą pewność siebie. Był niemal pewny, że uzależnił mnie od siebie i nie zrobię nic, żeby się wyrwać z jego sideł.

Jedynym skutecznym wyjściem z tej trudnej relacji jest rozstanie i całkowite zerwanie kontaktu.

Wiem, że to bardzo trudne jak się kogoś kocha, mimo, że ten ktoś nas rani. Jednak innego wyjścia nie ma.

Tak też zrobiłam. Znalazłam mieszkanie i wyprowadziłam się. Na szczęście nie nachodził nikogo z moich znajomych czy rodziny, żeby mnie znaleźć. 

Telefony po pewnym czasie się skończyły. Podziałało ignorowanie.

Psychol karmi się naszym lękiem i musi mieć kozła ofiarnego. Zaraz znalazł sobie kolejną ofiarę z tego co wiem, a mi dał spokój.

Po takich doświadczeniach ciężko było mi zaufać ludziom. Z pozoru ktoś wydaje się idealny, a okazuje się co innego.

Mi się udało. Może udać się i Tobie i Twoim bliskim. 
Każdy ma prawo do życia wolnego od przemocy.

Gdzie szukać pomocy?
Jeśli jesteś ofiarą przemocy lub znasz kogoś kto nią jest możesz skorzystać lub zaproponować skorzystanie z następujących form pomocy:
- Niebieska Linia (22 668-70-00), czyli Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie.
- Możecie także odezwać się do Joanny na adres poradniaonline.kontakt@gmail.com
Joanna jest psychologiem i chętnie udzieli wam anonimowej, darmowej konsultacji.

Tekst powstał w ramach projektu Przerwij Krąg Milczenia – Blogerki Przeciwko Przemocy Psychicznej! – zorganizowanego przez Joannę z bloga Podróż we dwoje.

Do akcji włączyły się także autorki blogów: 
Organizatorka akcji, autorka bloga Podróż We Dwoje

#przerwijkragmilczenia
#blogerkiprzeciwkoprzemocypsychicznej
#depresja #przemocpsychiczna #przerwijkragmilczenia #skutkiprzemocy #syndromsztokholmski #wyuczonabezradność

13 komentarzy

  1. Ciężki temat, ale ja z takiego związku także się wyrwałam...

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie nie bylo przemocy psychicznej w zwiazku, a w rodzinie. Ojciec wladca tyran. Do teraz odczuwam skutki takiego traktowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od faceta można się uwolnić, odciąć... A tu rodzic :( gorszy temat :(

      Usuń
  3. Kiedyś o tym wspominałam, mój ojciec też zgotował nam nieciekawą przeszłość. I dlatego najbardziej nie rozumiem mojej mamy, która wyrwała się z takiego związku, teraz pakuje się w coś podobnego :( ech, nic nie zrobię, Z domu też ją wyrwałyśmy siłą, sama by nie podjęła takiej decyzji, aby coś zmienić. Myślę, że wsparcie rodziny jest szalenie istotne, nie można przechodzić obojętnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marysiu, bo to tkwi w psychice, w osobowości. Ofiary szukają katów, nie potrafią żyć z kimś po partnersku.
      Jakby mnie facet próbował uderzyć, czy wyśmiewać, to więcej by mnie nie zobaczył. Ludzie skłonni do przemocy szukają odpowiednich partnerów, przeważnie nie bawią się w łamanie kogoś o zdrowej psychice.
      Często dziewczyny z domów ze złym ojcem, wybierają takiego samego faceta, bo uważają, że nie zasługują na nic lepszego i w takim schemacie potrafią funkcjonować.

      Usuń
    2. Powiem Ci, że ja kompletnie nie rozumiem tkwienia w takim związku. Może mam taki charakter, że faceci tego typu nawet nie próbują podejść?
      Jeszcze, jak facet dłużej się maskuje, coś się zmienia po paru latach związku, są dzieci, kobieta nie pracuje, wszystko rzeczywiście jest jego, a kobieta nie ma oparcia w rodzinie, to jeszcze jestem w stanie pojąć.
      Ale żeby inteligentna, młoda, ładna, pracująca dziewczyna dała sobie coś takiego robić? Bez zależności finansowej, mieszkaniowej i bez dzieci? To dla mnie niewyobrażalne i fascynujące.
      Chłopak po paru takich tekstach byłby skreślony. Nie cierpię takiej zazdrości na poważnie.
      Nie rozumiem, jak można tkwić w czymś takim z miłości. Kochać to jedno, a być z kimś, to drugie. Jeśli ktoś tak traktuje to nie kocha, a ja nie będę marnować swoich uczuć na kogoś, kto ich nie odwzajemnia.

      Myślę, że w dużej mierze to kwestia wychowania - jestem jedynaczką, z domu w którym niczego nie brakowało, mieliśmy jako pierwsi na osiedlu telefon, kolorowy telewizor, video, komputer, wyjazdy wakacyjne. Zawsze wiedziałam, że facet musi się mną opiekować i muszę być dla niego najważniejsza. Po prostu padłabym ze śmiechu gdyby "ukochany" zaczął mi wmawiać, że jestem we wszystkim beznadziejna i on mi łaskę robi zadając się ze mną.

      Usuń
    3. Myślę, że na tkwienie w takiej sytuacji składa się wiele czynników, w tym te, o których piszesz. Ale myślę też, że nawet osoby z ugruntowanym poczuciem wartości, wsparciem otoczenia też mogą wpaść w sidła takiego tyrana. Bo to przecież nie jest tak, że ktoś na dzień dobry mówi "ale jesteś beznadziejna". Wtedy wiadomo, nikt raczej nie kontynuowałby takiej znajomości. Taki proces się rozkłada na miesiące, czasem lata, a natężenie złych doświadczeń rośnie powoli i sukcesywnie. Pomiędzy jeszcze te "miodowe chwile" i dramat gotowy.
      Paradise dobrze, że miałaś tyle siły, żeby powiedzieć stop. Nie każdego na to stać i dzieją się tragedie potem:/

      Usuń
  4. Niestety ofiara nie otrzymuje żadnej pomocy. Niebieska karta to fikcja. Ja założyłam ją swojej oprawczyni, a mimo to policja nie robi nic. Nadal jestem narażona tę samą przemoc, tylko teraz większą, bo matka usiłuje się odegrać za niebieską kartę. Teraz usiłuje mi wmówić, że zwariowałam - to wstęp do tego, żeby mnie ubezwłasnowolnić. Policja żąda "dowodów". Jaką obdukcję po przemocy psychicznej mogę im przedstawić jako dowód? To, co matka mi robi, nie jest dla nich żadnym dowodem! Nie robią nic. Pozwalają jej na przemoc bez żadnych przeszkód. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiepska sprawa 😣😣😣czyli bez dowodów nic nie idzie udowodnić :(

      Usuń
  5. Taka historia to bardzo bolesny temat, ale może dzięki temu, że się tym podzieliłaś jakaś osoba znajdzie siłę do wyjścia z kręgu przemocy, do rozstania i życia na nowo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak bym czytała o sobie, z tym że ja jestem tym facetem.. Bardzo mnie boli co się pisze o takich osobach. Zostawić samych sobie, zamiast im pomóc. :( Przecież nie robię tego specjalnie z premedytacją. To wynika pewnie z braku pewności siebie. Działa się automatycznie. Czyli co? Mam się od razu zabić? Bo przecież każdy facet powinien ode mnie uciekać i do końca życia będę sama? ;(

    OdpowiedzUsuń

TOP